Historia Miasta

Iława została założona w 1305 roku przez komtura krzyżackiego Siegharda von Schwarzburga. Dokument lokacyjny z tego roku zaginął. Zachowały się jedynie jego ponowienia, które były uzupełnieniem dokumentu z początku XIV wieku.

Jeszcze w XIV wieku miasto otoczone zostało murami obronnymi. Do Iławy prowadziły dwie bramy: od wschodu Lubawska lub Polska, od zachodu Prabucka. Od północy fortyfikacje wzmacniała też wieża bramna - tzw. Brama Wodna. W południowo-wschodnim kącie murów miejskich pobudowano kościół, który pełnił też funkcje obronne. Niedaleko obiektu znajdował się dwór urzędników krzyżackich. Mury miasta zabezpieczone zostały fosą.

W połowie XV wieku, z uwagi na bezlitosną politykę Krzyżaków, Iława wraz z innymi miastami zakonnymi stanęła po stronie Związku Pruskiego. Po klęsce pod Chojnicami z września 1454 roku, miasto zmuszone było wrócić na stronę krzyżacką. Po podpisaniu II pokoju toruńskiego w 1466 roku Iława pozostała w granicach Prus Zakonnych, będącym lennem króla Polski. Po Hołdzie pruskim Iława znalazła się w Prusach Książęcych, które pozostawały lennem Rzeczypospolitej.

Do końca XVII wieku liczba mieszkańców Iławy nie przekraczała 1000 osób. W 1706 roku miasto musiało zmierzyć się z wielkim pożarem, po którym przetrwały tylko budynki ceglane. Wiele zniszczeń przyniosły również wojny polsko-szwedzkie i napoleońskie. 

XVIII i XIX wiek był dla miasta okresem szybkiego rozwoju. Wzrost liczby ludności oraz ożywienie gospodarcze pojawiły się po otwarciu połączenia kolejowego z Toruniem, Olsztynem, Mławą, Malborkiem i Brodnicą oraz wybudowaniu nowych dróg do Susza, Lubawy, Zalewa i Ostródy. Ożywieniu gospodarczemu sprzyjało również otwarcie w 1860 roku odgałęzienia Kanału Elbląskiego.

Po I wojnie światowej zgodnie z postanowieniami traktatu wersalskiego na Warmii, Mazurach i Powiślu odbył się plebiscyt, mający zadecydować o przynależności państwowej do Polski lub Niemiec. Za przynależnością do Polski w Iławie opowiedziało się jedynie 5% mieszkańców.

W dniu wybuchu II wojny światowej Iława liczyła 13000 mieszkańców. W czasie trwania wojny w okolicach głównego dworca PKP mieścił się obóz pracy oraz obóz karny dla więźniów ze Sztumu.

W styczniu 1945 roku na terenie miasta nie toczyły się walki. Miasto zostało zniszczone już po zajęciu przez Armię Czerwoną.

W 1945 roku Iława stała się polskim miastem. Pierwszym Przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej został Ludwik Krzyżak, kolejnymi Bolesław Zubek, Adam Dzierżawski i Jerzy Fajkowski. Miasto powoli odbudowywało się z wojennych zniszczeń.

Legendy o Iławie

Opowieść o królu ryb

Najwcześniej zamieszkaną częścią w Iławie była podobno dawna ulica Rybacka, późniejsza ulica Duboisa. Mieszkała tu pewna starsza kobieta, która znała wiele starych opowieści. Jej przodkowie zamieszkiwali w tym samym miejscu. Wieczorem siadywałem często na ławce za domem, zaraz w pobliżu płynącej tędy rzeki Iławki. Pewnego razu zapytałem staruszkę, czy wie coś na temat żyjącego w rzece króla ryb.

- Znam taką opowieść – powiedziała cicho – jednakże lepiej, kiedy się o tym nie opowiada. To bardzo smutny rozdział w historii naszego miasta i żadnej chwały Iławie nie przynosi. Poza tym to tylko legenda. Nie wie się nigdy do końca, gdzie kończy się bajka, a gdzie zaczyna prawda.

Nie chciała ona zbytnio rozpocząć opowieści, być może obawiała się, że może wyda się ona śmieszna. Potem milczała przez chwilę, zamyślona, patrząc na rzekę, którą otulały wieczorne mgły. Jednakże po kilku tygodniach zaczęła nagle opowieść, jakby przez cały ten czas jej myśli skupiały się właśnie wokół tego, co chciała powiedzieć. Była to opowieść o mieszkającym niegdyś w rzece królu ryb, a którą usłyszała jeszcze od swojej babki.

- Król ów miał w głębinach swój własny zamek, stał on na dnie rzeki, w miejscu nieopodal dawnej gazowni, gdzie Iławka jest najgłębsza i najbardziej rozległa. Zamek nie był wzniesiony z marmuru, ani też z górskiego kryształu, nie miał on też pysznego skarbca wyłożonego drogocennymi perłami. Ot był to skromny zamek, godny skromnego króla. Gdzież mu tam było się równać z bogatymi siedzibami królów takich rzek jak choćby Drwęca, czy Wisła. Tylko trzy, może cztery rusałki, tworzące królewską świtę, opiekowały się i wypełniały polecenia starego pana rzeki.

Zaciekawiony zapytałem, czy jeżeli ktoś z iławian miałby okazję zobaczyć króla ryb, to czy byłby on już stary, z siwą brodą i koroną na głowie?

- Oj tak! Ma on z tysiąc albo i więcej lat. Był on już tu, kiedy przybyli Krzyżacy. Wielu też go widywało. On sam zresztą wcale nie czynił ze swojej obecności jakiejś tajemnicy. Twarz jego miała wyraźnie ludzkie rysy, uprzejme i prostoduszne. Czy miał białą brodę? Nie. A czy koronę? Niejeden upierał się, jakoby widział, iż zdobiła jego głowę korona ze srebrzystych łusek.

Zapytałem jednak – Cóż król ryb, tu w Iławce rezydujący, mógłby wielkiego uczynić, jak ona przecież zaledwie strumykiem dla wielu innych rzek była.

- On miał zawsze ręce pełne roboty! Najpierw młyn miejski. Król zawsze zaopatrywał go w wodę, a podczas suchych miesięcy wcale nie było to łatwe. Gnał on przez rzekę wysokimi falami wodę. Kiedy inne młyny wtenczas już nie pracowały, tu zawsze kręciło się młyńskie koło. Z daleka chłopi przynosili tu swoje zboże. Młynarz miał dzięki niemu pełne sakwy pieniędzy. A co dopiero rybacy! Ci ledwie zdążyli zarzucić swe sieci, król wpędzał tam całe mrowie ryb, często może nawet i cetnar. A i flisacy - ci dzięki niemu mieli lżej z długimi żerdziami i mogli je spławiać w ogromnych ilościach ku zadowoleniu stałych klientów. Król pomagał im z całych sił pchając drzewo do tartaku. Ratował wielu przed niechybnym utonięciem w nurcie Iławki. Zaiste był to wyjątkowo dobry okres dla naszego miasta.

Kobieta przez chwilę milczała, zatapiając się we własnych myślach. - Dlaczego zatem dziś już nie jest tak jak dawniej? – Zapytałem.

- Właśnie się nad ty zastanawiam. W życiu, powodzenie nie przychodzi nigdy samotnie, zawsze przynosi ono ze sobą kilku zepsutych towarzyszy. Zazwyczaj są to lenistwo i pycha. Zaprawdę, leniwi stali się iławianie, tak paskudnie gnuśni, że zlituj się Panie Boże! Wiele razy, z czystego lenistwa wyrzucali oni odpadki na dawne przemieście lubawskie, tuż poza bramę miejską. Wrzucali śmieci też prosto do rzeki, pozwalali, aby wpływały do niej ścieki. Kogo zatem mogło zdziwić, że woda w rzece ostatecznie została skażona i tysiące rybek zmarło. Mówię panu, cóż to było za narzekanie. Naturalnie wszystko to strasznie zmartwiło króla, gdyż ryby te były jego poddanymi. Oczywiście sami mieszkańcy Iławy widzieli również, że coś niedobrego dzieje się z rzeką. Jednakże zamiast uchwycić problem u źródła i dbać po prostu o porządek i czystość otoczenia, za ciężkie pieniądze sprowadzali fachowców, którzy mieli wyjaśnić przyczynę umierania ryb. Woda z rzeki została przebadana, przefiltrowana, jednakże nic ostatecznie nie osiągnięto. A sami iławianie nadal popadali w coraz większą gnuśność. Ich główną rozrywką były festyny strzeleckie, każde chrzciny, każde wesele świętowano nie jeden dzień, ale cały tydzień. Kobiety stawały się rozpustne, mężczyźni zaś popadali w coraz większe pijaństwo. Wszelkich wszeteczności dopuszczali się oni na tyłach stojącej niedaleko Iławki karczmy. I tak pędzili swój żywot na piciu. Kiedy zaś popiła się ta gawiedź złożona zarówno z mężczyzn, jak i niewychowanych wyrostków, poczynała zrazu wyć i krzyczeć niczym dzikie zwierzęta.

- Można się tylko domyśleć, jak bardzo przeszkadzało to królowi Ryb.

- To właśnie mam na myśli. – Odrzekła staruszka. - Nocami nie mógł on spać, a był już stary.

- Teraz – stwierdziłem z oburzeniem - powinien on zrobić porządek na swój sposób z mieszkańcami, zaś samą karczmę – owe gniazdo rozpusty – zatopić.

- Pan niewystarczająco dobrze zna króla ryb! – Odpowiedziała mi kobieta, kręcąc głową. – Zawsze był dobroduszny, nigdy nie sprawiłby czegokolwiek, co mogło by stać się dla innych powodem do żalu. Jednak finał przyszedł wkrótce. Grupa prostaków popłynęła łodzią na rzekę, dokładnie w miejsce, gdzie król ryb mieszkał, cisnęli w toń wielki kamień, uszkadzając dach jego domu, o mały włos dosięgliby także jego samego. – Bez trudu dało się zauważyć, jak bardzo jeszcze wzburzona była ona ową niegodziwością.

- Tak, w taki to też sposób dotarło do niego, że nie ma już tu miejsca do życia. Jeszcze tej samej nocy spakował swoje tobołki i popłynął w dół Iławki, do Drwęcy, a potem aż do Wisły. Gdy tak pozostawiał swoją rzekę, odprowadzały go zalane łzami rusałki. Król Wisły powinien przyjąć go uprzejmie. Pewności jednak nie miał żadnej.

- I jak teraz iławianie radzili sobie? – Zapytałem.

- Nie ma tu dużo do opowiedzenia. Oni sami wiedzieli, że życie jest przewrotne i pełne niespodziewanych wydarzeń. Przed stu laty miasto strawiło płomienie, ocalał jedynie kościół. Potem przyszła wielka zaraza. – Pomyślała przez chwilę.

- Teraz zdaje się, że wiele idzie ku lepszemu. Jednak kto wie, na jak długo?

- Powoli twarz kobiety zaczęła się rozpromieniać. Z grzecznym uśmiechem dodała – To wszystko to jednak tylko stare bajki.

Lit.: Templin, s. 14-16.

Smok z Scholtenbergu

W dawnych czasach na wyspie Wielka Żuława, przy wzgórzu zwanym Scholtenberg, żył ogromny i budzący grozę smok. Ponury chłód bił z jego skrytej w zaroślach jaskini, znajdującej się u podnóża wzgórza. Sam potwór czaił się na szczycie, wypatrując stamtąd zdobyczy.

Nocą niejednokrotnie ujrzeć można było jego czerwone, przebijające ciemności oczy. Biada każdemu rybakowi, który zbłądził i znalazł się w pobliżu! Smok rozwijał swoje szare skrzydła. Leciał, tnąc powietrze, po czym z impetem opadał na upatrzoną wcześniej ofiarę. Gdy do niej dopadł, wbijał ostre niczym sztylety pazury w jej ciało i unosił do swej jaskini gdzie rozpoczynał krwawą ucztę. Ogryzione kości ciskał w toń jeziora, i kiedy przyjrzeć się uważnie, to jeszcze i dziś przy spokojnej wodzie widać je spoczywające na dnie.

Ciągle doskwierający głód wyganiał smoka w poszukiwaniu pokarmu dalej, w głąb kraju, gdzie napędzał strachem i przerażeniem serca mieszkańców. Znajdowali się różni bohaterowie, próbujący ocalić swoją ziemię przed nachodzącym ją nieszczęściem, odwagę jednak zawsze przypłacali życiem.

Pewnego razu wśród chętnych do pokonania bestii znalazł się pewien osiadły w okolicy ubogi chłop. Bez broni, zabrawszy ze sobą zaledwie mocną sieć, wypłynął w czółnie w stronę smoczego siedliska. Nie odrywając wzroku od wzgórza, zbliżał się do niego, ostrożnie wiosłując. Z daleka widać już było błyszczące w ciemności oczy leżącego u wejścia do jaskini potwora. Gdy śmiałek ów osiągnął połowę jeziora, tuż nad jego głową śmignął czujny smok. Cwany chłop jakby tylko na to czekał, zeskoczył zwinnie z czółna do wody zanim nienapasiona bestia runęła w jego kierunku. Przepłynął pod łodzią, wynurzył się drugiej strony i błyskawicznie wdrapał się na powrót do jej wnętrza. Smok, który nie zdołał schwytać swej ofiary, z ogromną siłą uderzył w taflę jeziora. Próbował po raz kolejny zaatakować, zanim jednak udało mu się rozpostrzeć zmoczone skrzydła, odważny chłop zbliżał się już ku niemu. Wprawnym ruchem zarzucił na potwora mocną rybacką sieć. Pochwycony zwierz wściekle walczył, aby oswobodzić się z oplatającej jego ciało pułapki. Wysokie fale piętrzyły się wokół niego, a z otwartej paszczy zionął ogień.

Chłop przez długi czas siłował się z pochwyconą ofiarą. Trzymając w dłoni mocną linę, która zaciskała sieć, uważał, żeby tylko szamotająca się bestia nie wciągnęła go w topiel. Smok długo walczył, jednakże w końcu opuściły go siły. Uszczęśliwiony zwycięzca zawlókł swą potworną zdobycz do pobliskiej osady. Tam oczekiwała go już ogromna ciżba ludzi. Lotem błyskawicy rozeszła się wśród mieszkańców wiadomość o pokonaniu bestii. Zewsząd zbiegali się oni nad brzeg jeziora, by na własne oczy przekonać się o zaistniałym cudzie. Gdy tylko zebrano drzewo, słomę i inne łatwo palące się przedmioty, rzucono ogromne cielsko smoka na stos, by w płomieniach zakończył swój niecny żywot. W taki to sposób wyspa wraz z okolicą została uwolniona od nękającego ją potwora, zaś mężny chłop za swój bohaterski czyn do końca życia cieszył się poważaniem wśród okolicznych mieszkańców.

Lit.: Morgenroth, s. 9-10

O młynarzu i diable

W Iławie, pomiędzy ulicą Tadeusza Kościuszki a Ostródzką, nad rzeką Iławką, stoi stary młyn wodny, zwany dawniej młynem zakonnym, bo podobno stał on w tym miejscu już od czasów krzyżackich. Wokół młyna leży wiele kamieni, jedne z nich to dawne żarna, inne zaś to zwykłe polne głazy.

Dawniej zdarzało się, że kiedy wody rzeki nie płynęły wystarczająco bystro, młynarz zmuszony był zaprzestawać na jakiś czas pracy. Młyńskie koło stało w bezruchu i ciszy. Był to dla młynarza godny pożałowania czas. Jednak nie tylko dla niego, lecz także dla okolicznej ludności, gdyż ta nie miała mąki. Zaradny młynarz myślał, aby wyrównać straty i wybudować wiatrak, brakowało mu jednak na to pieniędzy.

Zrazu gdy pojawiły się problemy ze zdobyciem funduszy, obserwujący od jakiegoś już czasu młynarza diabeł, postanowił skusić go swoją propozycją. Pomoże mu zdobyć pieniądze, a ten w zamian odda mu swoją duszę. Gdy diabeł przedstawił młynarzowi swoją ofertę, młynarz przystał na nią, pod warunkiem, że jeszcze tej nocy, w której podpisał cyrograf, stanie na wzgórzu wiatrak. Dał diabłu czas do chwili, aż z pierwszą poranną zorzą zapieje kogut. Diabeł od razu zabrał się za robotę. Pracował jak szalony, układając kamienie warstwa po warstwie.

Potrzebny do budowy materiał znosił z najdalszych okolic. Przed nadejściem świtu praca była już prawie ukończona. Gdy ujrzał to młynarz, ogarnął go potężny strach. Zaczął myśleć, jakby tu tylko przeszkodzić czartowi w pracy. Gdy ten akurat pracował wewnątrz nad wykończeniami, młynarz resztką sił, które w nim drzemały, zepchnął ze wzgórza wielkie żarna do płynącej u jego podnóża rzeki. Diabeł zbyt późno połapał się w podstępie młynarza, szybko zerwał się w stronę toczącego się kamienia, ten jednak rozpędzony, zanim diabeł do niego dopadł, z impetem wpadł w toń. Za wszelką cenę próbował czart uratować kamień. Jednakże, gdy mocował się z nim stojąc w wodzie, wschodziło już słońce i piał już pierwszy kur. Diabeł zrazu połapał się, że został oszukany. Wściekły, rozwalił skończony już przez siebie wiatrak, ciskając na oślep kamienie zużyte do jego budowy. Jeden z wielu kamieni wylądował na ziemi dzielnego, acz podstępnego młynarza, w pobliżu starego młyna. Starzy ludzie nazywają go „Grobem młynarza”.

Ktokolwiek płynął łodzią w pobliżu wzgórza, na którym diabeł budował wiatrak, widział wokół pełno kamieni. Mówili także starzy iławianie, że widywali podczas pełni, jak tańczy na nich diabeł.

Lit.: Templin, s. 9.

Zatopiony pałac

Na wzgórzu zwanym niegdyś Scholtenberg na Wielkiej Żuławie, wznosił się w przeszłości prześwietny zamek. Mieszkał w nim pewien bogaty książę. Miłował się on w przepychu i wszelkim splendorze, sale jego posiadłości wypełnione były przez dworzan i sługi. U brzegu jeziora, na wodzie, kołysały się szykowne, ozdobione barwnymi żaglami łodzie.

Przewoziły one gości zarówno z pobliskiej okolicy, jak i z daleka, na urządzane przez księcia dzień w dzień uczty. Bez umiaru trwonił on swój majątek. Nawet, gdy przebywając wraz ze swymi przyjaciółmi, przemierzał konno okoliczne wsie, rzucał złoto na gościniec. Nie jego zamiarem było jednakże, aby tym to sposobem pomóc swoim biednym chłopom. Chciał tylko przez to bardziej zabłysnąć bogactwem przed gośćmi. Podwładnych zaś uciskał tym bardziej, że po organizowanych z takim rozmachem zabawach, skarbiec jego zazwyczaj świecił pustkami.

W owym czasie mieszkał w głębokim lesie pewien samotny mędrzec. W dawnych czasach owego pustelnika i ojca rozrzutnego księcia łączyła głęboka przyjaźń. To właśnie jego mądrym radom ród książęcy zawdzięczał wszelkie bogactwa. Jednakże powszechnie sądzono, iż oprócz mądrości, pustelnik obdarzony był także jakimiś tajemnymi siłami i parał się czarodziejstwem. Patrzał ów mędrzec na gorszące wybryki księcia, szukając sposobu na jego skuteczne upomnienie. Kiedy jednak zdał sobie sprawę, że jego rady, które starał się przekazywać księciu, jednym uchem wpadały, drugim zaś ulatywały, zrezygnowany zaszył się na powrót w leśnej samotni.

Książę wciąż kontynuował rozrzutne życie, aż do czasu, kiedy ostatni talar zniknął z jego skarbca. Niedługo trzeba było czekać, aby w ziemi książęcej zapanowało ubóstwo i ogólna żałość, lud cierpiał coraz bardziej pod ciężarem nakładanych podatków. Nad zamkiem panowała jednak głucha cisza. Nie dochodziły już z niego odgłosy wystawnych uczt, pokoje zaś nie gościły już w swych wnętrzach dostojnych gości i książęcych przyjaciół, gdyż ci dawno je opuścili. Młody książę w coraz to bardziej ponurym nastroju błąkał się po pustych komnatach, nie przestając głowić się nad sposobem, jak na powrót zdobyć bogactwo. I wtem, przypomniał sobie o osobie, o której przez długie te lata już dawno zapomniał - o starym, mądrym pustelniku. Wskoczył zatem na swego narowistego wierzchowca i popędził przez lasy, prosto ku chatce starca. Tam jego pięść donośnie zahuczała na drzwiach małej chałupiny.

- Wyczaruj dla mnie złoto, starcze! – Krzyknął u wejścia. Ten otworzył drzwi i spojrzał surowym, lecz pełnym troski wzrokiem na księcia.

- Młody człowieku, dlaczegóż to nie chciały uszy twoje słuchać dobrych rad? Jeżeli w odpowiednim czasie porzuciłbyś owy wszeteczny tryb życia, nie stał byś dziś tutaj! - Książę, przyzwyczajony do pustych pochlebstw obłudnych dworaków nie mógł znieść wyrzutów starca, nawet jeśli płynęły one z głębi poruszonego szczerością serca. Krew w nim zawrzała, niepohamowana złość zwarła w kamień dłoń, która w okrutnym porywie powaliła starego pustelnika. Ten zakrwawiony, bezwładnie osunął się z jękiem na ziemię.

Przepełniony szaleństwem książę obrócił nazad konia i popędził w dal. Nikt go już nigdy tam nie widział. Ciche leśne jeziora, milczące, nieprzebyte, głębokie bagna trzymały w tajemnicy pamięć o zaszłej tu niegdyś zbrodni. Jednakże w chwili, gdy książę dopuścił się przestępstwa, wzniesiony na wyspie zamek zapadł się pod ziemię. Mówią jednak, że jakiś niespokojny duch często pojawia się nocą w pobliżu wzgórza, na którym niegdyś stała warownia. Podobno to ów książę pokutuje.

Lit.: Morgenroth, s. 7-8; Templin, s. 33-34.

O Króliczej Górze

Na wzniesieniu zwanym obecnie „Króliczą Górą”, w pobliżu dawnej ulicy dworcowej [dziś Królowej Jadwigi], mieszkał bogaty mieszczanin. Dzięki swej mądrości i pracowitości, dorobił się ogromnego bogactwa. Pędził on sobie żywot spokojny i stateczny. Unikając codziennego pęddu poświęcał się swojemu osobliwemu zajęciu.

W ogrodzie wybudował przytulny domek, w którym hodował prześliczne, srebrnobiałe, czarne i pstrokate króliczki. Jedne z nich miały czerwono-różowe oczka, inne śliczne uszka, a jeszcze inne jedwabiście miękkie futerka. Zwierzęta miały wspaniałe życie. Każda para mieszkała sobie w dwóch miłych pokoikach, jeden służył za pomieszczenie mieszkalne, drugi wyściełany samym najpiękniejszym mchem do spania. Jadalnię wszyscy mieli wspólną, położoną zaraz z przodu, za drzwiczkami, w miejscu, gdzie w innych domach jest sień. W pobliżu domków znajdował się obsadzony zieloną trawą ogródek. Gdy słońce mocniej zaświeciło, stary gospodarz otwierał furtkę i wypuszczał zwierzęta. Cóż to była za radość! Młode naokoło brykały, skakały i turlały się w zielonej trawie. Sprawiało to wielką radość panu, tak, że siedział długimi godzinami i paląc fajkę obserwował królicze harce. Każdemu ze zwierzaczków nadał on imię. – Czerwonooki, bądź grzeczny! Białasek, nie wolno budzić ojca! – Mówił tak, to do tego, to do tamtego i śmiał się, aż mu w oczach stawały łzy.

Kiedy siedział razu pewnego ze swoimi ulubieńcami, tuż za jego grzbietem zaskrzeczało coś – Hi, hi, a cóż masz tu za miluchne zabawki?

Gdy obrócił się, ujrzał starą babę: całą pomarszczoną, z długim haczykowatym nosem, płonącymi oczyma i wielkim worem na plecach.

- Hi, hi, daj mi twojego Szaraczka! Będzie z niego wspaniała potrawa. Jeżeli przygotuję go z owocami jałowca, to smakować będzie dokładnie jak pieczeń z zająca. Zaś sadełko dobre będzie na doskwierający mi reumatyzm – spostrzegała starucha, i już schylała się, by sięgnąć swymi kościstymi łapami małe zwierzątko. Stary właściciel zrazu zorientował się co do złych zamiarów podejrzanego gościa, tym bardziej nim to wzburzyło, że Szaraczek był jego ulubieńcem. Widząc, co się dzieje, szybko doskoczył do jędzy, chwycił jej laskę i porządnie zdzielił ją po palcach.

- Precz, szkaradna babo! – krzyknął i przegnał staruchę na ulicę.

Stara wycofała się z ogrodu, zaciskając pięść wygrażała się, mrucząc przy tym różnorakie przekleństwa. Splunęła po trzykroć i pokuśtykała dalej. Starym właścicielem wstrząsnął obraz szkaradnej baby. Przez długi czas nie mógł go zapomnieć, w nocy zaś spał bardzo źle.

Jako, że ogromny niepokój cały czas spędzał mu sen z oczu, wraz z pierwszym blaskiem zorzy skierował się do swoich ulubieńców.

- O Zgrozo! - krzyknął. – Szaraczek przepadł!

Poszukiwania i nawoływania okazały się na nic. Królik gdzieś zniknął. Kolejnego dnia brakowało innego zwierzątka i tak dzień po dniu, aż zniknęły wszystkie.

Stary pan zdał sobie sprawę, że padł ofiarą czarów. Spakował wszystkie swoje rzeczy do dużej walizki, złożył na wozie i ujechał daleko, bardzo daleko. Tak daleko, gdzie, jak myślał, żadne czary nie będą mogły już mu zaszkodzić.

Zaklęcie rzucone przez starą czarownicę zamieniło wszystkie króliki w górę, od tegoż czasu nosi ona nazwę Kaninchenberg – Królicza Góra.

Lit.: Morgenroth s. 42-43.

Czerwona Karczma

Przy drodze biegnącej z Iławy w kierunku Susza, niedaleko miejsca, gdzie znajduje się droga na Kisielice, rosną po lewej stronie mizerne krzaki bzu. Niegdyś stała w tym miejscu okazała karczma.

Zachodzili do niej wędrujący po świecie czeladnicy, by w cieniu rosnącej na dziedzińcu rozłożystej lipy orzeźwić się szklaneczką napoju. Gdy tak odpoczywali, niebawem przyłączał się do nich sam karczmarz, wypytując o to, skąd, jak i dokąd zmierzają. Jako, że u młodego czeladnika, co w sercu, to i na języku, tak więc gospodarz po krótkim czasie znał już całą historię jego życia. Jednakże nie można było zbytnio zżyć się z karczmarzem. W oczach jego siedziała jakaś podejrzliwość, a usta wykrzywiał dziwny grymas. Gdy stwierdził, że jego goście wystarczająco już podjedli, wzywał w jakiejś niby to pilnej sprawie swą małżonkę na zaplecze, gdzie bardzo tajemniczo rozmawiali ze sobą. W większości goście niczego nie zauważali i wcale nie zaprzątali sobie tym głowy.

Szczególne ożywienie w gospodzie następowało w okresie, kiedy w Iławie odbywał się jarmark. Z daleka i bliska przybywali z wypchanymi sakiewkami handlarze. Na podwórzu stały duże wozy kupieckie, wyładowane bogatymi towarami. Gospodarz miał ręce pełne roboty, całą noc ktoś wchodził i wychodził. Właściwą obsługę gości pozostawiał swojej małżonce, sam zaś chodził od jednego gościa do drugiego, przymilając się przy tym nieprzyzwoicie. Czasem jednak niektórzy widywali gospodarza jak, na godzinkę lub więcej, znikał ze swego pokoju. Czasem też widywano go, jak w środku nocy pochylał się nad wiadrem przy studni i mył staranne swoje ręce. Następnie, gdy wracał do swego pokoju, wyciągał się i uśmiechając jakby myślał: - „Dobrze jest zamknąć oczy i pozwolić, by spłynął na nie sen”.

Minęło wiele lat. Ludzie przebąkiwali o tajemniczych zajściach w karczmie, nikt jednak nie odważył się pociągnąć jej właściciela do odpowiedzialności, gdyż nikt nie miał w ręku przekonujących dowodów. Karczmarz potrafił ponadto robiąc użytek ze swych pieniędzy, zyskać przyjaźń kilku miejskich urzędników. Wprawdzie wypytywali co niektórzy o miejsce pobytu jednego czy drugiego czeladnika lub handlarza, niczego jednak w karczmie nie mogli się dowiedzieć. Nie miał też nikt pewności czy akurat któryś z poszukiwanych spędził noc w Czerwonej Karczmie. Czasy były przecież niespokojne, nieprzyjazne i gęste lasy otaczały miasto, w których znajdował schronienie najgorszy element. Czasami udawało się znaleźć w leśnej gęstwinie lub w pobliżu torfowisk strzępy odzieży lub dokumenty zaginionych. Tajemnica coraz bardziej spowijała przydrożny zajazd i jego gospodarzy , którzy postanowili sprzedać cieszącą się coraz gorszą sławą karczmę. Niebawem też znaleźli się chętni do jej kupna.

Mijały dziesiątki lat, karczma popadała w coraz większą ruinę. Gruba strzecha stawała się coraz cięższa dla słabych murów i trwała tak w postępującym rozpadzie do czasu, aż pewnego wieczora rozległ się w mieście alarm pożarowy. – Stara karczma płonie! – krzyczano wokół. Gdy strażacy przybiegli na pomoc, czerwone języki ognia wdzierały się już na szczyt dachu. Potężny słup ognia wzbił się po chwili w niebo, zwalając krokwie, które spadając z całą siłą kruszyły nadwątlone mury, jakby chciały ukazać skryte za nimi wszystkie tajemnice.

Gdy ogień został ugaszony, w czasie odgruzowywania pogorzeliska robotnicy ujrzeli w piwnicy zamurowane drzwi. Po wyłamaniu ich ukazał się im niezwykły widok. W kącie pomieszczenia, do którego się dostali, znajdowały się ułożone na kopczyku ludzkie kości. Puste oczodoły białych czaszek wpatrywały się oskarżająco w robotników, jakby żądały odwetu na sprawcach dawnych zbrodni. Na podłodze widać było ciemnoczerwone ślady przelanej niegdyś krwi. Starano się wprawdzie znaleźć podejrzewanych o dokonanie zbrodni dawnych gospodarzy, jednak wszelki ślad po nich zaginął. Zaś po miejscu gdzie niegdyś stała Czerwona Karczma pozostało tylko wspomnienie.

W skrócie


Pytanie do burmistrza


Zapytaj burmistrza Zadaj pytanieZobacz odpowiedzi

Ciekawostki


pogoda.net